Parafia pw. św. Józefa Kalasancjusza w Rzeszowie - Ojcowie Pijarzy

Czterdzieści lat temu była Pasterka…

[doptg id=”96″]

Jak od Mszy Pasterskiej bpa Tadeusza Błaszkiewicza do utworzenia parafii na Wilkowyi doszło

(Tekst wytłuszczony i pochylony oznacza fragmenty odszukanej przeze mnie Kroniki Parafii ks. Lucjana Pabiańczyka – S.A.).

Chodźcie bliżej, zobaczcie, jak się biskup przebiera – mówił Tadeusz Błaszkiewicz, biskup pomocniczy diecezji przemyskiej. I mówił dalej: Podobnie jak w Betlejem nie było miejsca dla narodzenia się Jezusa w Jerozolimie, w wielkim mieście, tak i w Rzeszowie nie dano Jezusowi schronienia, zabraniając budowy kościoła na Baranówce czy Drabiniance. Jezus szuka miejsca na peryferiach wielkiego miasta i znajduje je w wiosce Wilkowyi, czego wielu z Was się nawet nie domyślało, ani spodziewało. Bądźcie zatem wdzięczni Chrystusowi i tym, przez których to się stało, a nade wszystko bądźcie czujni, bo szatan nie daje tak łatwo za wygraną – mówił do kilkudziesięciu osób, które z ganku – pełniącego funkcję przedsionka – przez otwarte drzwi wcisnęły się do kuchni z piecem kuchennym – jakby kościelnej nawy – i kilku, może kilkunastu osób stojących na ganku i przed nim, by nie stracić niczego z odprawianej właśnie pierwszej Mszy Świętej, Mszy Pasterskiej, na Wilkowyi, wsi należącej do Fary od XV wieku. Było po północy, w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia Anno Domini 1974, na Lwowskiej 157 w gminie Krasne. Asystowali Biskupowi o. Lucjan Pabiańczyk i o. Edward Malicki z zakonu pijarów.

 

Skąd pijarzy na Wilkowyi?

Najpierw Zakon osiadł w Rzeszowie. Choć najpierw miały to być bernardynki, zaproszone przez Zofię Pudencjannę Ligęzę, żonę Władysława Ostrogskiego, która dochód z Rudnej i Krasnego przeznaczyła dla sióstr. W zamian siostry miały odprawiać w intencji zbawienia duszy Zofii dwie msze grane i śpiewane w budowanej dla nich świątyni. Po wsze czasy. Ale wdowiec po Zofii, książę Władysław, przekazał szwagrowi, Jerzemu Sebastianowi Lubomirskiemu, (tak, temu z „Potopu”), część majątku z okolic Rzeszowa. Lubomirski, wzorem ojca, fundatora konwentu pijarów w Podolińcu, uznał, że pijarzy prowadzący szkołę i kształcący księży będą w tej części Korony bardziej potrzebni. Dopiero Hieronim, syn Sebastiana, w 1668 r. uzyskał od papieża Klemensa IX bullę pozwalającą pijarom przyjąć fundację Zofii Pudencjanny. Jak ustalił dr J. Świeboda („Pijarzy w Rzeszowie w XVII – XVIII wieku”), wystarczyła połowa dochodów fundacji, na roczne utrzymanie 30 ojców i braci zakonnych, 15 pomocniczych osób świeckich i prowadzenie szkoły dla 400–600 uczniów. Konwent działał w Rzeszowie od 1658 r., a pierwszymi uczniami byli… synowie Lubomirskiego, Hieronim i Aleksander. Szkoła zaczęła nauczać 12 marca 1658 r. To – po Warszawie i Podolińcu – trzeci konwent, trzecia szkoła pijarska dla ubogich dzieci w Koronie. Klasztor mieścił się przy ulicy Pijarskiej (potem Pańska, Trzeciego Maja), prowadzono bank pożyczający na 8%, (bo tak wówczas określano zysk godziwy), stawy rybne, warzelnię piwa, ogród klasztorny z ziołami i owocami, cegielnię. Otrzymywali legaty, dary, pobierali skromne opłaty za msze „ciche”, „śpiewane” i „grane”. Kształcili muzyków i śpiewaków, organistów i nauczycieli, pisali – sami wychowankowie z pijarami – sztuki teatralne i grali je. Nauka trwała 9 albo 10 lat, zależnie od przygotowania ze szkółki parafialnej. Dla Komisji Edukacji Narodowej pięciu nauczycieli z Rzeszowa napisało prawie połowę podręczników.

 

            A czym była Wikowyja w 1974 r.?

Była wsią złożoną z dwu części: Góry, wzdłuż traktu, potem drogi z Łańcuta do Rzeszowa, i Dołu, często nazywanej wprost Wsią, Wilkowyją, ulokowaną wzdłuż dzisiejszej ulicy Olbrachta. Liczyła w 1975 r. 296 numerów, czyli budynków, gdzie mieszkało 1400 osób. Choć wieś Wilkowyja należała do rzeszowskiej Fary, najliczniejszej parafii w diecezji przemyskiej, to Wilkowyja wówczas administracyjnie nie należała do Rzeszowa. Mieszkańcy bardzo chcieli mieć swój kościół. Do Fary było ze 40 minut marszu, z dziećmi jeszcze dłużej, a kursował tylko autobus linii nr 1, na Pobitno.

 

            Kto po raz drugi sprowadził pijarów do Rzeszowa?

Pod koniec 1972 r. lub na początku 1973 r., na spotkaniu Wyższych Przełożonych Zakonnych i Episkopatu Polski ks. Bp Ignacy Tokarczuk, Ordynariusz przemyski, poddał myśl ówczesnemu Prowincjałowi, ks. Józefowi Andrzejowi Wróblowi, że istnieje szansa objęcia pracy duszpasterskiej przez nasz zakon w diecezji przemyskiej, a konkretnie w jednym z dekanatów Rzeszowa, ale nie w naszym kościele pod wezwaniem Św. Krzyża, położonym przy ulicy 3 Maja, gdzie obok kościoła mieści się (…) Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Konarskiego i muzeum. Ks. Biskup Ordynariusz Ignacy Tokarczuk dał do wyboru trzy dzielnice, w których istnieje potrzeba założenia placówki duszpasterskiej i zorganizowania życia religijnego: Załęże, Pobito i Wilkowyję. W tych dzielnicach trzeba było organizować życie religijne i placówki duszpasterskie od podstaw, konkretnie od przysłowiowego „O”, gdyż nie ma żadnego punktu zaczepienia.

            Ks. Biskup Ordynariusz oświadczył, cytuję: Jeżeli księża zorganizujecie placówkę duszpasterską z życiem parafialnym, to możemy pójść na zamianę na administrowany przez diecezję przemyską kościół w Rzeszowie przy ulicy Trzeciego Maja pod wezwaniem Św. Krzyża, który był waszą własnością, względnie pozostaniecie przy zorganizowanej przez was placówce.

Kiedy w czerwcu 1973 r. prowincjałem został ks. Edward Malicki, postanowił sprawdzić, czy istnieją szanse na powrót do Rzeszowa. Długo szukał chętnego do karkołomnej misji założenia duszpasterstwa we wskazanych przez Ordynariusza przemyskiego osiedlach pod Rzeszowem. Wybrał ks. Lucjana Pabiańczyka i w przydziale czynności określił zakonną funkcję, jako specjalnego przedstawiciela do spraw poruczonych przez ks. Prowincjała do jego wyłącznej dyspozycji. Od lata 1973 r. ks. Lucjan szuka na terenie trzech osiedli odpowiedniej działki, najchętniej z zabudowaniami zdatnymi do przystosowania na dom zakonny i kaplicę. Dlaczego robił to w tajemnicy? W tym czasie Służba Bezpieczeństwa realizowała swój plan – uniemożliwić, a choćby utrudnić, przeciągać w nieskończoność i zniechęcić księży i „aktyw klerykalny” do tworzenia nowych kościołów. Od 1974 r., kiedy SB ustaliła nazwy trzech osiedli, gdzie Ordynariusz przemyski chciałby zorganizować ośrodek duszpasterski, zaczęli „pilnować działek”. Wszystkie oferty sprzedaży działek były kontrolowane pod kątem przydatności do budowania kaplicy lub kościoła, wszyscy nabywcy mieli być sprawdzani. W IPN zachowały się notatki i raporty dotyczące „pilnowania działek” w tych trzech osiedlach.

 

Ale nie upilnowali!

Dziś chyba nie da się ustalić, jak do ks. Prowincjała trafiła oferta z Wilkowyi, z Lwowskiej 157. Właściciel z Wrocławia chciał sprzedać, ale pijarzy zdecydowali się kupić dopiero po dokładnym obejrzeniu prawie półhektarowej działki, dość zapuszczonej. Musieli to robić w tajemnicy. Prowincjał podjął decyzję.

Pospiesznym pociągiem z Warszawy przyjeżdżam do Rzeszowa na 7. rano (…). Ks. Prowincjał przyjeżdża z Krakowa. Spotykamy się na dworcu. Z dworca udajemy się wprost do biura notarialnego w Rzeszowie na ulicę Marchlewskiego (…). Po przeprowadzeniu transakcji były właściciel wraz z żoną wraca do Wrocławia, a klucze od budynków zostawia u swego szwagra, milicjanta zresztą, który pilnował własności przez wrzesień i październik. Dopiero po sporządzeniu aktu notarialnego, p. notariusz wziął jeszcze raz nasze dowody i powiedział: „Proszę księży, ja to już mam chyba takie szczęście, że takie sprawy załatwiam przeważnie księżom!” Właściciel wraz z żoną otworzyli szeroko oczy z zaskoczenia. I tak ks. Edward Malicki i ks. Lucjan Pabiańczyk, „kupując z majątku odrębnego, gdyż są stanu wolnego”, zostali właścicielami działki zabudowanej Lwowska 157 za 350 tysięcy ówczesnych złotych – wraz z opłatami. Dzień 21 września 1974 r. stał się dniem przełomowym w historii naszego Zakonu i całej prowincji polskiej, bo na nowo wróciliśmy do Rzeszowa. W ten sposób chcieliśmy uczcić dwusetną rocznicę śmierci ks. Stanisława Konarskiego – napisze nieco później ks. Lucjan.

2 października właściciele odbierają klucze i trzy dni później bagażówką z Krakowa już we trójkę: ks. Edward, ks. Lucjan i mama ks. Lucjana, która zgodziła się gospodarzyć synowi, ruszają na zakupioną posesję. Ks. Lucjan, który zasiadł obok kierowcy, ubrany w wojskowy, lotniczy ortalion, takąż koszulę z krawatem i beret wygląda tak wiarygodnie dla milicjantów z „drogówki”, że ci – widząc pasażera – nie zatrzymują bagażówki do kontroli dokumentów. Wieczorem dojeżdżają, rozładowują trzy wersalki i stół. Usiedliśmy na koszach jak podróżni, zjedliśmy po kawałku suchego chleba popijając wodą z sokiem z czarnej porzeczki. W parterowym budynku, późniejszej kaplicy, po zasłonięciu okien, odprawiają pierwszą Mszę świętą z udziałem Mamusi (tak najczęściej nazywa ks. Lucjan swoją mamę – S.A.). Mszę w pokoju mieszkalnym odprawiono na podstawie zezwolenia ks. Edwarda Malickiego jako przełożonego, zezwalającego na kaplicę domową. Jest ósma wieczór, 5 października 1974 r., Wilkowyja, 400 metrów od granic Rzeszowa.

 

Ks. Lucjan w walce z urzędami, milicją i Służbą Bezpieczeństwa

W Urzędzie Gminy Krasne zameldowano ks. Lucjana i jego mamę właściwie przez niedopatrzenie. Właściwy urzędnik miał przykazane, by księży nie meldować bez powiadomienia SB, ale ks. Lucjan wpisał do rubryki „zawód” – nauczyciel. „Ksiądz to przecież stan, powołanie, a nie zawód” – tłumaczył później i urzędnikom w Krasnem, i milicjantom i esbekom.

Kiedy jednak kupił 400 pustaków i wykopał fundamenty i zaczął stawiać mur zamiast konstrukcji z desek i papy tworzącej przybudówkę – żarty się skończyły. Obserwujący go codziennie esbecy zareagowali – pojawiła się komisja z Rzeszowa, urzędnicy z powiatu, milicjanci, jacyś cywile i orzekli, że „obywatel ma sześć godzin na przywrócenie budowli do stanu poprzedniego”. Dokładnie po sześciu godzinach przyszli, dopatrzyli się złej woli i postraszyli grzywną – na początek 5 tysięcy złotych. Potem, za zwłokę, następna kara, 2 tysiące złotych. Dla mieszkańców Wilkowyi ks. Lucjan to „nowy”, odnoszą się do mnie nieufnie.

Służba Bezpieczeństwa 7 listopada 1974 r. dysponowała notatką – jakimś cudem zachowaną po zniszczeniu materiałów gromadzonych przez Departament IV przeciw Kościołowi: „Z rozpoznania wynika, że nabywcy są zgromadzenia pijarów prowincji Kraków, którzy zamierzają w budynku mieszkalnym zorganizować dom zakonny, a w budynku gospodarczym – kaplicę” (pisownia oryginalna – S.A.).

 

Nowi na Wilkowyi

 

Jak Pani zapamiętała nowego mieszkańca działki położonej naprzeciw Pani domu?

Maria Skotnicka: Tam kiedyś mieszkał kuzyn mojego męża. Kupili tę działkę, mieszkali tam, dzieci się urodziły, chodziliśmy do nich. Mój mąż tam trzymał dziecko do chrztu. Ciasno im tam było, więc sprzedali działkę, a nowy właściciel zaczął budować dom, dzisiejszą plebanię. Potem ktoś to kupił, ale nie wiedzieliśmy, kto to jest. Ciekawi byliśmy, co to za światła wieczorem świecili, przy świeczkach siedzieli. Ludzie zaczęli mówić, że to pewnie jakaś sekta, może Świadkowie Jehowy?

 

Kiedy poznała Pani nowego sąsiada?

Maria Szal: Chyba na początku września 1974 roku ktoś się sprowadził obok nas. Mieszkał z rodzicami i przyszedł pożyczyć coś, chyba łopatę do węgla. Czasem ktoś do nich przyjeżdżał, wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to był ks. Prowincjał Edward Malicki, ubrany po cywilnemu, elegancki. Rozmawialiśmy z księdzem Lucjanem i przeszliśmy na „ty”.

 

Jak zapamiętał Pan nabywcę działki po p. Miście?

Zbigniew Cyma: Pana Miśtę, poprzedniego właściciela Lwowskiej 157 to ja niewiele pamiętam, wysoki, dość tęgi facet. Potem jego działkę ktoś kupił z Wrocławia, zaczął dom budować. Potem przyjechał ks. Lucjan – nie wyglądał na księdza, czarny, z matką mieszkał. Jego mama przychodziła do mojej mamy po mleko. Że to jest ksiądz myśmy wiedzieli dużo wcześniej, więcej niż miesiąc wcześniej przed Pasterką. Wracałem od kolegi Józka Pluty wieczorem i widziałem, bo firanka była trochę odsunięta, że świece się palą, tak jakby odprawiali Mszę. Mama księdza rozmawiała z moją mamą i powiedziała, że jej syn to ksiądz, ale prosiła, żeby nie powtarzać. Moja siostra (Maria Kochmańska) też wiedziała, a Józek Pluta, kolega – ode mnie.

 

Zofia Uchman: Ten przybysz był bardzo tajemniczy, nie mówił nic o sobie. Nic o nich nie wiedzieliśmy. Pierwszy z tym nowym zapoznał się inżynier Wesoliński, sąsiad.

 

22 grudnia 1974.

Na Wilkowyję przyjeżdża niespodziewanie ks. Prowincjał Edward Malicki; ale tym razem nie z Krakowa, ale wprost z Przemyśla od ks. bpa Ordynariusza Ignacego Tokarczuka z wyraźnym rozkazem na piśmie o otwarciu kaplicy dla ogółu wiernych. Tym pismem jestem wyraźnie zaskoczony. Tu pragnę poinformować, że przez cały czas chodzę w cywilnym ubraniu, nikt z sąsiadów nawet nie podejrzewał, że jestem księdzem, bo pracowałem fizycznie i chodziłem jak robociarz.

Po przeczytaniu pisma ks. bpa dotyczącego otwarcia kaplicy i to za dwa dni, bo 24 grudnia 1974, zastanowiliśmy się z ks. Prowincjałem jak to wszystko zrobić? Zaczęliśmy od porządkowania domu, w którym mieszkałem od wewnątrz, a potem sprzątnęliśmy i uporządkowaliśmy wnętrze przybudówki, wynosząc wszystkie rupiecie do piwnicy pod domem.

Pismo ks. bpa dotyczące otwarcia kaplicy znajduje się w aktach Kurii Prowincjonalnej w Krakowie, w którym zaznaczono, że w Wigilię Bożego Narodzenia na Mszę św. Pasterską przyjedzie ks. bp, aby poświęcić teren i dom, w którym mieści się kaplica oraz oficjalnie oddać ją do użytku wiernych.

 

24 grudnia 1974 godz. 17.30.

Zjawia się urzędnik ds. budownictwa z Krasnego, niejaki p. Mazur, aby ponownie sprawdzić, czy zalecenia władz terenowych zostały wykonane przeze mnie. Coś mu się znowu nie spodobało. Pisze protokół i nakłada na mnie grzywnę w wysokości 2000 złotych.

 

24 grudnia 1974 godz. 18.00

Zjawia się funkcjonariusz UB, niby to z „życzeniami świątecznymi”, niejaki p. Emil, nazwiska nie znam, ale mnie już nie zastaje w domu, tylko rozmawia z mamą. Ja pojechałem do Rzeszowa do OO. Bernardynów po paramenta do Mszy św. dla ks. bpa, a ks. Malicki sprzątał dalej szopę. Jest już szarówka. Kiedy wszedł do mieszkania i zobaczył stół przygotowany do Mszy św. i zdjęte drzwi do pokoju, nagle pobladł i wyszedł. Na godzinę przed przyjazdem ks. bpa ubieram sutannę i idę do sąsiadów, aby pożyczyć kropidła, żeby ks. bp miał czym pokropić kaplicę i plac wokół kaplicy. U sąsiadów konsternacja, gdy zobaczyli mnie w sutannie, omal nie pomdleli z wrażenia, gdy powiedziałem im, że za godzinę ks. bp odprawi w moim domku Mszę św. Pasterską i że od tej chwili będą mieli kaplicę na miejscu. Wieść o tym rozeszła się lotem błyskawicy, że przyjeżdża na Wilkowyję ks. bp.

 

Maria Szal: W Wigilię przyszedł sąsiad Lucjan, gdzieś przed 16.00. U mnie w domu goście, siostra otwiera drzwi i woła do mnie: „Marysiu, ksiądz przyszedł!” „Jaki ksiądz?” Dzieci jeździły do Fary na katechezę, miał ją z nimi ksiądz Szetela, więc pomyślałam, że może to on mógł odwiedzić dzieci przy Wigilii, bo za płotem u państwa Adamczyków mieszkała jego rodzina. Wychodzę do drzwi, a tu sąsiad, sąsiad Lucjan w sutannie. Przyszedł pożyczyć kropidło do poświęcenia i mówi, że będzie Pasterka, biskup Błaszkiewicz przyjeżdża i że będzie u nas kaplica. To było zaskoczenie, zdziwienie, szok. Czy to się dzieje naprawdę? Czy coś mi się zdaje?

Mąż pochodził z Husowa i stamtąd też biskup Błaszkiewicz pochodził, więc teściowa go znała, no to zarządziła mobilizację. Pożyczyłyśmy to kropidło, podziękowałyśmy za zaproszenie, ksiądz Lucjan poszedł do siebie. Zjedliśmy wieczerzę i teściowa mobilizuje obu wojskowych, syna i zięcia, na mszę. Oni nie są chętni, bo wtedy to było zagrożenie. No, ale jakoś tam ich zmobilizowała i poszliśmy.

 

Co się zdarzyło po Wieczerzy?

Maria Skotnicka: O, zdarzyło się. Kiedy wróciliśmy od teściów z Wigilii, moja mama mówi „Idziecie na Pasterkę.” Mówię mamie: „Nie, to daleko, szaruga jest, w tym roku nie pójdziemy”. Mama mówi: „Niedaleko, tutaj blisko pójdziemy.” Myśmy takie oczy zrobili, a mama mówi dalej: „Był syn od pana Cymy, Zbyszek, i mówi, że tutaj będzie Pasterka, będzie kaplica i nawet biskup przyjedzie.” I poszliśmy wszyscy, tak się zaczęło.

 

A która to mogła być godzina, jak wróciliście z Wieczerzy do domu?

Około 10.00 wieczór. Zbyszek był widocznie wcześniej.

 

Kiedy się Pani dowiedziała, że tu będzie Msza, kaplica, kościół i parafia?

Zofia Drozd: W dzień Wigilii. Zawsze w domu była pierwsza Wigilia, a potem chodziliśmy do teściów na Słocinę. Wracamy od teściów ze Słociny – a moja mama myjąc garnki w kuchni mówi: „Idziecie na Pasterkę.” A ja mówię: „Mamo, nie dość, że do Fary daleko, to jeszcze przecież mamy żałobę po dziecku.” A mama mówi: „Ale to tu będzie, o tu po sąsiedzku, u Ireny” – bo myśmy tak nazywali ten dom, dom Ireny Miśto. A mama dalej mówi: „Tu będzie Pasterka, Zbyszek Cyma mi mówił, i wy tu pójdziecie.” No i zaskoczenie, szok, skąd, jak to możliwe? Ale poszliśmy. Przed północą poszli najbliżsi sąsiedzi, kogo tam Zbysiu zawiadomił.

 

A skąd Pan dowiedział się o Pasterce?

Zbigniew Cyma: Po kolacji wigilijnej przyszła mama ks. Lucjana do nas i mnie obdarzyła tym zaszczytem, żebym chodził po ludziach i kogoś sprowadził, bo przyjeżdża ksiądz biskup Błaszkiewicz, że będzie Msza i będzie święcił kaplicę. Bardzo dobrze wiedziała, że od dawna byłem ministrantem u Fary.

 

Kiedy się u Was wieczerza wigilijna skończyła, która to mogła być godzina?

Gdzieś po 19.00 i było trochę czasu do chodzenia i powiadamiania. Poszedłem sam, a potem poszedłem po kolegę Kazika Plutę, też ministranta, i chodziliśmy po znajomych, po sąsiadach. Poszliśmy chyba i na dół, ale stamtąd nie wiem, czy był ktoś na tej Pasterce.

 

Co się zdarzyło w tamtą Wigilię?

Stanisława Pluta: Byliśmy u rodziców na wsi (dzisiejsza ulica Olbrachta – S.A), po Wieczerzy przyjechaliśmy do domu, bo mieliśmy iść do Fary na Pasterkę. Przyszedł Zbysiu Cyma do mojego Kazika, a obaj byli ministrantami w Farze i mówi: „Kazik, dziś będzie u nas otwarcie kaplicy i będzie msza.” „ U nas? A skąd będzie ksiądz?” „Ksiądz już jest, przyjdź.” Ale my poszliśmy do Fary, a Kazik poszedł ze Zbysiem.

 

W tę Wigilię Bożego Narodzenia byłem przepełniony mieszanymi uczuciami, co też będzie dalej?! Spożywamy Wieczerzę Wigilijną w dość dziwnych okolicznościach. W domu, który za chwilę stanie się mieszkaniem Boga. Siedzimy na koszach jak wędrowcy, tzn. ks. Prowincjał, ks. Lucjan i Mama, Maria Pabiańczyk. Miałem wtedy uczucie wygnańca na obcej ziemi, gdzie inni przeżywali tę chwilę oczekiwania na rocznicę Narodzenia się Bożej Dzieciny w atmosferze miłej, wśród swoich najbliższych i przyjaciół oraz śpiewali radosne kolędy, a ja drżąc razem z posiłkiem bardzo skromnym, bo składającym się [z] kaszy ze śliwkami i kawałkiem suchego chleba połykałem łzy. Tego uczucia nie jestem w stanie określić. Potem w ciszy, jak przed Przeistoczeniem, oczekuję na dalszy bieg rzeczywistości. Wskazówki zegara posuwają się nieubłaganie i zbliża się moment, który stanie się przełomowym momentem w Historii naszego Zakonu i moim własnym.

 

Skąd Pan wiedział o Pasterce na Wilkowyi?

Stanisław Korab: Ksiądz Lucjan chyba nas kilku chłopaków spotkał, już był w sutannie i zagadał: „Powiedzcie rodzicom, że u mnie Msza będzie, Pasterka, i ksiądz biskup Błaszkiewicz będzie”. Chyba jeszcze nie całkiem ciemno było? I tak od domu do domu stuku, puku, szeptu, szeptu i wieść się rozeszła.

 

24 grudnia 1974, godz. 23.50.

W zniecierpliwieniu oczekujemy na przyjazd ks. bp. Nie palimy światła w mieszkaniach. Ks. Prowincjał ubrany w sutannę i komżę, oczekuje przy oknie wpatrzony na ulicę, a ja od czasu do czasu wychodzę na zewnątrz. Zbierają się chłopcy – młodzieńcy Wilkowyi, którzy już dowiedzieli się o wszystkim. Jest pogodny, ale chłodny wieczór, bez śniegu. Patrole milicyjne krążą ulicą. Doniesiono mi, że i Milicja w cywilu kręci się w pobliżu. Ja jednak nie tracę ducha, „idę na całego”, jak się to mówi. Czekam przy mostku wśród chłopców na przyjazd ks. bpa. Chłopcy zdenerwowani mówią mi, że zaczyna się coś dziać niewesołego, bo zauważyli kręcących się funkcjonariuszy MO. Ja jak gdyby nigdy nic uspokajam ich, ale sam jestem również podenerwowany i podniecony. W blasku księżyca pojawia się czarna Wołga, a z niej wychodzi kierowca i pyta o mnie, a potem mówi, że przyjechał ks. bp. Mnie spadł kamień z serca. Kierowca zajeżdża przed dom. Z samochodu wychodzi ks. bp Tadeusz Błaszkiewicz, sufragan przemyski. Ks. bp szybko się przebiera w nowym budynku, jeszcze na betonie, w czerwoną sutannę i udajemy się do budynku parterowego, który od tej pory stał się kaplicą. Zaczynają się schodzić wierni. Jedni z ciekawości, inni z pobożności, a inni zupełnie obojętni chcą zobaczyć, co też tu się będzie działo. Młodzież tymczasem pełni dyżur przy wjeździe na podwórko, informując mnie o wszystkim. Drogą główną krążą radiowozy milicyjne oraz cywilne samochody pracowników UB. Jeden z nich wpadł do rowu, chcąc szybciej zawrócić. Nikt z wiernych nie poszedł udzielić pomocy.

 

A kiedy poszliście na Pasterkę?

Zbigniew Cyma: Pół godziny przed północą, może trochę wcześniej. Pamiętam, że tych ludzi trochę już przyszło, niektórzy byli bardzo zdziwieni. Nie bardzo dowierzali, niektórzy nawet mówili, że się pewnie Zbyszek, czyli ja, na Wigilii czegoś najadł i głupoty gada.

 

Ile osób przyszło na tę Pasterkę?

Nie wiem, byłem w środku. Stał już stół, był przykryty obrusem, stały świece. Pewnie ks. Lucjan przygotował.

 

Czy biskup poświęcił kaplicę?

Tak, przebrał się w szaty i wyszedł, żeby poświęcić kaplicę. Ludzie na ganku stali, cofnęli się., Biskup szedł z ks. Lucjanem, kropił, a myśmy szli z tyłu z kadzielnicą. Jak skręcił za tę dostawioną szopę, ciemno było, potknął się o jakieś patyki ze śliwy, z kolcami, to zapamiętałem. Wszedł do kaplicy, ale mało pamiętam z tego, co mówił.

Zofia Drozd: Pamiętam, że się z ganku normalnie wchodziło do kuchni, a z kuchni było widać pokój i wszedł wysoki biskup. W pokoju stał stół – pamiętam, na czterech pustakach – a w oknie maleńka choineczka ze światełkami, sztuczna. Na stole obrus i rozłożone biskupie szaty. A my tacy wystraszeni w tej kuchni, a biskup wchodzi i mówi: „Chodźcie tutaj, zobaczcie, jak się biskup do Mszy ubiera! Wchodźcie, wchodźcie.” I ubierał się w szaty przy nas. No i biskup mówi: „Tak jak Pan Jezus narodził się w stajence, w Betlejem, tak u was się narodził kościół. Tu będziecie chodzić i dajcie znać wszystkim, kogo tylko znacie i spotkacie, że od jutra tu będą normalne Msze.”

 

Ile osób mogło być na Pasterce?  

Niedużo, w środku może 30 osób, a na zewnątrz to nie wiem, ale jeszcze jacyś ludzie na ganku stali.

Ignacy Drozd: Kiedy szliśmy na Pasterkę, to „Warszawa” była w rowie. Potem ludzie mówili, że to był ubowiec. A kierowca od biskupa pomagał mu wyjeżdżać, pokazywał, gdzie ma skręcić. Może ktoś popychał? Ale wtedy nikt nie wiedział, że to UB.

 

A czy na Mszy był ktoś obcy?

Ignacy Drozd: Trudno powiedzieć. Człowiek się nie rozglądał, patrzył w biskupa, bo myśmy się strasznie cieszyli. Ja się bardzo cieszyłem, że nareszcie przestanę chodzić do Fary. A to tak 45 minut na nogach. Cieszyłem się, że będzie kościół i na osiedlu zacznie się coś dziać. To było blisko miasta, ale to było takie zapomniane osiedle ta Wilkowyja.

 

Jak zapamiętała Pani tamtą Pasterkę?

Maria Skotnicka: Człowiek był zaskoczony, bo nie dość, że biskupa z bliska zobaczył, to jeszcze z bliska zobaczył, jak się biskup ubiera przy ołtarzu. Tam były tylko dwa pokoje, pokój z kuchnią. Było światło elektryczne, na ganku i w środku, w pokoju. A ministrantów to chyba było ze czterech: Zbyszek Cyma, Kaziu Pluta i moich dwóch synów, to wszyscy.

Maria Szal: Wchodzimy do kuchni, widzimy w pokoju przygotowany stół, na stole ornat dla księdza biskupa, no i to chyba wszystko, co zapamiętałam. Tam byli sami sąsiedzi, Marysia od państwa Cymów, państwo Lipowie, państwo Ochalikowie. Pewnie ksiądz Lucjan poszedł wcześniej do Zbyszka Cymy, żeby mu pomógł ludzi powiadomić.

 

Widziała Pani przyjazd biskupa?

Nie, byliśmy wewnątrz, a biskup wszedł i zdaje się ksiądz Lucjan pomógł mu się ubierać. I biskup ogłosił, że od tej pory tutaj będą Msze, żeby jeden drugiemu przekazał, że tu jest kaplica i będzie kościół.

 

Ks. bp ubrany w szaty liturgiczne w asyście ks. Prowincjała i mojej obchodzi wokół domu, śpiewając psalmy wraz z wiernymi, poświęca obiekt, a następnie odprawia Mszę św. Pasterską uroczyście i głosi Słowo Boże do zgromadzonych wiernych, (a było ich około 60 osób). Liczbę wiernych znam stąd, bo kiedy postawiono mnie w stan oskarżenia na kolegium karno-administracyjnym, to wówczas w akcie oskarżenia przytoczono mi liczbę wiernych. Ktoś ze Służby Bezpieczeństwa policzył dokładnie. Cała uroczystość trwa dwie godziny, do drugiej po północy. Przejęci tym wydarzeniem nie mogliśmy długo zasnąć. Ks. bp w swoim przemówieniu wspomniał o mnie, „chodził wśród Was kapłan jak robociarz, pracował własnymi rękami, przygotowując ten dom na mieszkanie Boga i nikt z Was nawet nie przypuszczał, kto to może być, bo zewnętrznym wyglądem nie zdradzał, kim jest. Dzięki jego pracy i wysiłkom, jak również jego matki i staraniom ks. ks. Pijarów z Krakowa, a przede wszystkim ks. Prowincjała, macie wśród siebie kapłana, który od dziś będzie Wam służył pomocą duchową, będzie Wam przybliżał Jezusa”. Ks. bp powiedział jeszcze, „podobnie jak w Betlejem nie było miejsca dla narodzenia się Jezusa w Jerozolimie, w wielkim mieście, tak i w Rzeszowie nie dano Jezusowi schronienia, zabraniając budowy kościoła na Baranówce czy Drabiniance. Jezus szuka miejsca na peryferiach wielkiego miasta i znajduje go na wiosce Wilkowyi, czego wielu z Was się nawet nie domyślało, ani nie spodziewało. Bądźcie zatem wdzięczni Chrystusowi i tym, przez których to się stało, a nade wszystko, bądźcie czujni, bo szatan nie daje tak łatwo za wygraną!”

 

Ile trwała ta Msza Pasterska?

Zbigniew Cyma: Półtorej godziny, może dwie, kolędy śpiewaliśmy, bo organów nie było. Ludzi też nie za wielu, choć w pokoju było ciasno.

 

Czy zapamiętał Pan kogoś z tej Mszy?

Na pewno ktoś był od Machowskich, czy babcia czy pan Inglot, na pewno rodzina Plutów, myślę, że państwo Korabiowie też byli, państwo Ochalikowie i państwo Szalowie.

 

Poszła Pani do Fary, a syn do kaplicy…

Stanisława Pluta: Przyjeżdżamy, a tu za chwilę przychodzi Kazio i mówi: „Żałujcie, że was nie było, mamo, my tu mamy kaplicę! My będziemy tu mieli kościół. Tu są pijarzy.” I wszystko mi opowiedział, co i jak. A jeszcze mówił, że przyjechał biskup i że jeszcze jakiś samochód wpadł do rowu.

I na drugi dzień, czyli w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, poszliśmy już do kaplicy z całą rodziną. Kiedy szliśmy, to ze wsi ludzie szli do Fary. Ja im mówię: „Wróćcie się! My tu już mamy kaplicę.” Ale większość nie bardzo chciała wierzyć i tylko kilka osób się wróciło. Na drugi dzień Bożego Narodzenia jeszcze więcej ludzi przyszło, bo wiadomość się rozeszła.

 

A czy po Pasterce byliście na następnych Mszach?

Zofia i Ignacy Drozdowie: Tak, chodziliśmy i już zaczęli przychodzić ludzie ze wsi. Wieść się pocztą pantoflową rozniosła i coraz więcej ludzi przychodziło na Mszę do kaplicy. I już były dwie Msze. A na święta i niedziele zawsze przyjeżdżał z Krakowa ks. Prowincjał Edward Malicki, zawsze w kapeluszu, z teczką, szedł z dworca na nogach tutaj. Odprawił Mszę i wracał do Krakowa. A ksiądz Lucjan tu mieszkał z mamą i ojcem.

Coś się u Pana zmieniło po Pasterce?

Stanisław Korab: Zostałem kościelnym, otwierałem kaplicę, sprzątałem trochę, zapalałem świece. Kończyłem wtedy ósmą klasę i jak wszyscy ministranci z Wilkowyi przestaliśmy służyć u Fary. Mieliśmy teraz swój kościół, swoją kaplicę. Po miesiącu mieliśmy zorganizowaną strukturę ministrancką – pamiętam Jurka Grzywacza, Zbyszka Cymę, Kazia Plutę.

Maria Szal: W pierwszy dzień Bożego Narodzenia zaprosiliśmy księdza Lucjana i drugiego księdza, Prowincjała Edwarda Malickiego, na obiad. Już wtedy wiedzieliśmy, że to księża pijarzy z Krakowa. Moja teściowa pytała mamę księdza Lucjana, skąd są i ona mówiła, że są spod Proszowic, z Karwina. Mam nawet dokładny adres do brata księdza Lucjana, bośmy się przyjaźnili.

Zbigniew Cyma: Od Pasterki były zbiórki ministrantów, byliśmy z Kazikiem Plutą najstarsi i ks. Lucjan nam zlecił organizację. Spotykaliśmy się w sobotę i myśmy przydzielali ministrantom ich Msze.

 

Boże Narodzenie 25 grudnia 1974.

Na polecenie ks. bpa Ordynariusza w dzień Bożego Narodzenia odprawiamy dwie Msze św. już oficjalnie przy udziale wiernych. O godzinie 8.00 i 10.00. Kaplica swym wyglądem przypomina dosłownie Szopkę Betlejemską.

Ks. Stanisław Bełza, wówczas wikary u Fary: Około 7.30 w pierwszy dzień Bożego Narodzenia ktoś z Wilkowyi przyszedł i powiedział: „A ksiądz wie, ze na Pasterce na Wilkowyi był ksiądz biskup Błaszkiewicz? Pasterkę odprawił i mówił, że tam będzie kościół i parafia!” Nikt z nas o tym nie wiedział.

O godz. 11.00 udaję się do proboszcza i dziekana Fary ks. Jana Stączka. Przedstawiam się i że przychodzę z polecenia ks. bpa Ordynariusza przemyskiego. Ks. Dziekan przywitał mnie niezbyt przyjaźnie, mówiąc: „jak można coś podobnego robić za plecami ks. proboszcza, bez jego zgody!” Ja wówczas odpowiedziałem: „Przychodzę ściśle z polecenia ks. bpa Ordynariusza, bo nie wcześniej, a dopiero dziś otrzymałem takie polecenie, ujawnić się ks. Proboszczowi”.

 27 grudnia 1974.

Zaraz po świętach odwiedzają mnie urzędnicy wiadomego resortu i oglądają wkoło kaplicę. Do wnętrza ich nie wpuściłem. Po tak zwanej wizji lokalnej przysłano mi pismo (…). Prócz niemiłych wizyt, były również dla podtrzymania mnie na duchu wizyty przyjazne i do takich należy zaliczyć wizytę ks. Dziekana z dekanatu Rzeszów II ks. Józefa Sondeja, proboszcza kościoła Chrystusa Króla, który przybył pierwszy, gdy dowiedział się o otwarciu kaplicy. Jako dar dla nowej kaplicy i ministrantów przywiózł od ks. Józefa Kapusty z Baranówki 4 komeżki dla ministrantów.

 

31 grudnia 1974.

Zostaję wezwany do Urzędu Bezpieczeństwa do kierownika wydziału p. Stanisława Żaka, na rozmowę, gdzie męczono mnie różnymi pytaniami; we dwóch przez trzy godziny. Wróciłem do domu całkowicie wyczerpany nerwowo i można powiedzieć zmaltretowany, a nie pokonany.

 

A kiedy rozpoczęła się przebudowa kaplicy?

Zofia Drozd: Zaraz po świętach. Tam było wejście z ganeczku do kuchni i drzwi do pokoju przeszkadzały, obok była szopa, taki prowizoryczny garaż. W moment ściana została rozwalona między kuchnią a pokojem, ale żeby się te ściany nie rozsunęły, to mój tato, ślusarz, zrobił metalowe nadproże, takie szyny, potem murarze to wypełnili, powstał legar mocujący ścianę. I już po Nowym Roku mieliśmy większe wnętrze. Piece obydwa rozebraliśmy, żeby nie zawadzały i tylko był kłopot ze ścianami tego garażu, szopy, bo jak wcześniej chciał ksiądz Lucjan dobudować tam ścianę z pustaków, to mu urząd zabronił, rozbierać kazał, jeszcze karę musiał płacić. No to myśmy ocieplili to deskami od środka, płytami od zewnątrz i było trochę cieplej. I znowu dwie ściany wywalone, te od garażu do pokoju i kuchni i nad tym mój tato pracował. I przed Wielkanocą to wszystko było zrobione. Zbliżało się Boże Ciało. Ksiądz Lucjan do nas zachodził, traktował nas jak dobrych sąsiadów. W końcu mówi do mojego taty: „Panie Ochalik, trzeba by coś zrobić, potrzebne tabernakulum.” Ksiądz Lucjan po każdej Mszy, jak mu zostały komunikanty, musiał je zjadać, bo nie było gdzie ich przechować. I mój tato wziął się za to, chodził do Fary, ksiądz Stączek mierzył swoje tabernakulum. Pan Józef Szal dał blachę chromoniklową, którą trudno było zdobyć, pan Inglot na WSK odlał kielich z mosiądzu, no i stamtąd go przemycił, bo był potrzebny na drzwi frontowe.

I mój tato zrobił metalowy ołtarzyk, pierwszy ołtarz do naszej kaplicy. A taty brat, Roman Ochalik ze Słociny, który kwiaty hodował, dowiedział się o naszej kaplicy i jednego dnia przywiózł duże pudło: „Chodźcie ze mną, zrobimy miarę, czy się zmieści.” Poszliśmy za nim, a on z pudła wyciąga monstrancję; pierwsza monstrancja w naszej kaplicy to była od niego.

 Ignacy Drozd: Kobiety szyły, pierwsze komeżki to Marysia Skotnicka uszyła, potem ktoś obrus, nawet ornat.

Wiesław Mróz: Chyba był potrzebny świecznik pod paschał na Środę Popielcową, a może na Wielki Tydzień? Już 4 moje świeczniki były w kaplicy, a że pracowałem wtedy w Polskich Zakładach Optycznych, tokarzem byłem, to dlaczego nie? Zrobię ten stojak pod paschał! Był poniedziałek, ks. Lucjan prosił, że na środę by się przydał. Kolega na drugiej zmianie znalazł czasze mosiężne do szlifowania szkła, z wżerami. Wziąłem się do roboty. A kule wymyśliłem z duraluminium. Ja toczyłem mosiądz na dużej maszynie, a kolega toczył z duralu. I na wtorek było zrobione. Wieczorem znajomy podjechał taksówką, świecznik przez płot i zawiozłem do kaplicy. Musiałem skrócić ostrze i piłką od p. Ochalika uciąłem, opiłowałem i chyba tak zostawiłem. Zależało nam na naszej kaplicy.

Ile kosztuje „ zgromadzenie nielegalnego zgromadzenia”?

Na 20 stycznia 1975 r. ks. Lucjan dostał wezwanie na Kolegium do Spraw Wykroczeń Wydziału Spraw Wewnętrznych Urzędu Powiatowego w Rzeszowie (dziś jest to budynek NFZ – S.A.). Został ukarany za „ zgromadzenie nielegalnego zgromadzenia” grzywną tysiąca złotych i kosztów postępowania w wysokości 50 złotych. Miał na wpłacenie grzywny 7 dni.

Na rozprawę nie wpuszczono kilkudziesięciu kobiet z Wilkowyi, które pojechały bronić księdza. Kiedy drzwi się otwarły i wyszedł ukarany ksiądz Lucjan, przewodniczący i ławnicy ratowali się ucieczką przed napierającymi, krzyczącymi, wygrażającymi, szarpiącymi ich kobietami. Ktoś wołał: Teraz sądzicie księdza, który nic nie zawinił. Łamiecie Konstytucję PRL. Niech tylko powtórzy się drugi „październik”, to będziecie błagać o pomoc księdza i nas, wy pachołki czerwone.” Ks. Lucjan szybko wyszedł przez główne wyjście, a urzędnicy Kolegium uciekli przez tylne drzwi w Sali Rozpraw.

                                                                                                                      Stanisław Alot

Więcej przeczytacie w przygotowywanej na 30 czerwca 2016 r. „Historii parafii”. Jeszcze nie rozmawiałem ze wszystkimi świadkami, darczyńcami, budowniczymi naszej parafii. Nie zebraliśmy wszystkich zdjęć, nie dotarliśmy do wszystkich archiwów. Uszanujmy pamięć tych wszystkich ludzi, którzy kiedyś, zupełnie bezinteresownie poświęcali swój czas, swoje pieniądze, czas swojej rodziny dla nas, dzisiejszych parafian. Parafia organizowana z takim trudem, z takim entuzjazmem i taką radością, będzie umniejszana właśnie w czterdziestą rocznicę pierwszej Pasterki.