PRYWATNY: OPOWIEŚĆ TYLKO DLA BARDZO DOROSŁYCH

Kalasancjusz Rzeszowski  /numer z kwietnia 2018r./

 

Opowieść tylko dla bardzo dorosłych

 

„Dawno, dawno temu, była sobie piękna księżniczka, która poznała prawego księcia. Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia, wzięli ślub, mieli dużo dzieci i żyli w pomyślności długo i szczęśliwie.

Nie, nie, to było inaczej: była sobie miła dziewczyna, która poznała chłopaka, mówił, że będzie ją kochał do końca życia, ale nie wyjaśnił, że do końca jej życia. Był sobie domek z ogródkiem, a wokół mieszkali sąsiedzi, tacy porządni, akuratni ludzie, chodzący co niedzielę do kościoła. Nie opodal w miasteczku była komenda policji, w której pracowali dzielni mundurowi, stojący na straży bezpieczeństwa okolicznej ludności. Był też, a jakże, kościółek z oddanym parafii proboszczem, co martwił się o każdą nawet najmniejszą owieczkę.

Dziewczyna i chłopak wzięli ślub i zamieszkali w tym ślicznym domku, w tej przeuroczej pięknej mieścinie, czy raczej większej wioseczce.  Kiedy urodziły im się dzieci, chłopak zaczął coraz częściej zaglądać do kieliszka, przecież był dorosły, przecież ciężko pracował. Jakoś nie czuł się szczęśliwy. Generalnie czuł się fatalnie.  Źródłem jego nieustannej frustracji była żona, bo pytała czemu tak często pije,  gdzie zniknęły pieniądze z wypłaty, chciała tak koniecznie wiedzieć czym nakarmią dzieci – a czy to on je urodził? Żona zasługiwała na karę, za głupie pytania, za ględzenie nie w porę, za brak czułości intymnej, o każdej porze dnia i nocy, gdy tylko chłopak tego zapragnął. Żona się nie udała! A żonę trzeba sobie umieć wychować. Postanowiwszy wcielić w życie to dobre wielkopostne postanowienie, chłopak przy każdej nadążającej się okazji sprawdzał swoje wyrobione jeszcze na siłce bicepsy, na wątłej skórze żony. Trochę krzyczała, ale przecież aż tak mocno to nie bił, zresztą zasłużyła, bo dziecko ryczało cały wieczór, kiedy on po pracy chciał odpocząć. Zupa był ogórkowa, a prosił o pomidorową. A kiedy pachnący od chmielu, pragnął się do niej przytulić, ona odsuwała się od niego. Więc lał coraz mocniej, bo przecież koniecznie musi ją nawrócić. Żona nie rozumiejąc tej „mądrej” metody wychowawczej, uciekała i dzwoniła po policję.  Komendant w pobliskiej komendzie odbierał i grzecznie się dziwił: „Czegóż pani sobie życzy? Czy nie wie Pani, że mąż jest psychicznie chory, czy my jesteśmy od uzdrawiania ludzi? „ ”A pogotowie, to nie może przyjechać”- pytała pełna jeszcze nadziei żona. „A nie może, bo by małżonek na leczenie musiałby się zgodzić, a jak się nie zgodzi, to siłą nikogo do szpitala wziąć nie możemy”.

Gdy mąż się dobrze zamachnął, telefon wypadł z dłoni, rozbił się ekran komórki, więc żona pobiegła stukać do sąsiadów. Ale to porządna okolica była, byle komu się nie otwiera i w cudze sprawy nigdy nie miesza, bo to przecież nie wypada i po co palce wkładać, gdzie nie trzeba. Czy to sąsiadów sprawa, gdy węzeł małżeński zaciska się wokół szyi zbyt mocno? Czyż na dobre i złe go sobie nie wzięła? Wiedziały gały, co brały, bo teściunio, to też za kołnierz nie wylewał i żony przesadnie nie głaskał.

Jest jeszcze kościół, a opodal probostwo, pobiegła tam żona z najmniejszym na ręku, dławiąc się krwią własną ze złamanego nosa sączącą. Tu jednak nie ma miejsca dla tych, co męża opuszczają, co zrywają święte małżeńskie więzy, co swoją drogę krzyżowa porzucają z wygody. Nie ma miejsca dla tej, co chciałyby uniknąć kolejnej ciąży poczętej z przemocy. Nie ma drogi do Nieba na skróty.

Więc jest domek, przytulny w przeuroczej mieścinie, jest mąż co bardzo kocha dzieci i żonę. A ona go już nie kocha? Już do innych biega, opowiada przedziwne historie. Mąż ma taki szlafrok zielony i pasek przy szlafroku, miękki, długi. Żona rozumieć musi, że po sąsiadach się tajemnic rodzinnych nie opowiada, że z komórki nie wydzwania się gdzie popadnie, bo przecież to kosztuje, i do kościoła to pójść może, ale jak się wreszcie nawróci i z siniorami się wystawiać nie będzie.  Więc nauczka być musi. Zaciska się pasek wokół szyi, coraz mocniej, początkowo żona krzyczy, potem już nie może, dziecko trzymane z rąk wypada, już nie boli, bo film się całkiem urywa. Ale to nie koniec , bo tu nie ma końca szczęśliwego z fanfarami anielskimi dla męczennicy.  Jest dalej życie, co gorsze od piekła się jawi.

To na pewno nie bajka, ale też nie szwedzkiego kryminału początek. To historia prawdziwa jak wiele szmatławych żywotów kobiet i dzieci.

Czemu mieszasz się w tą historię szczęśliwa mieszkanko wilkowyjskiej parafii? Czemu bogaty prawniku tracisz swój czas dla tej nic nie wartej kobiety?

Bo za dużo już było obojętnych oczu, co się napatrzyły na to zdychanie w drodze na Golgotę.  „Czy to moja lub twoja sprawa niewiasto z pijarskiej fundacji?” Te słowa odbijają się echem, dźwięczą i nie mogą przestać, hałasują w głowie niby żałobne kołatki z wielkopiątkowej liturgii.

Akcja Rzeszów Pomaga funkcjonuje przy naszej parafii od 1,5 roku. Wiele osób podchodzi i pyta : A czym wy się tam zajmujecie? A dla kogo te ubrania, wózki, pieluchy zbieracie? Zbieramy dla Madzi, Agatki, Reni i ich dzieci. Historia wyżej opisana WYDARZYŁA SIĘ NAPRAWDĘ – tych historii było wiele, a każda straszna i każda podobna: rodzina- alkohol-przemoc- wołanie o pomoc- obojętność otoczenia. Pozostaje obojętna nawet najbliższa rodzina, za wszelką cenę uciszając ofiarę, bo taka historia to wstyd okropny. Jeśli rodzina, znajomi pozostają bierni, to cóż można oczekiwać od państwowych instytucji. Państwowe instytucje jak MOPS, Policja, bardzo nasze bohaterki zawiodły. Mężowie-kaci są wszechpotężni , mają znajome przyjaciółki w MOPSie i kolegów na komendzie, stąd nie znajdzie tam zrozumienia rozhisteryzowana kobieta.

Czemu MY się tym zajęliśmy? Bo usłyszeliśmy w sercu Chrystusowe:  „Wy dajcie im jeść!” Bo okazało się, że często beznadziejna bieda ma na dnie przemoc domową. Bo zobaczyliśmy, że to nie jest pojedyncze zdarzenie, ale epidemia zalewająca i niszczącą dzieciństwo setek maluchów. Statystyki policyjne podają, że rocznie tysiące kobiet w Polsce doświadcza przemocy domowej. My tego nie wiedzieliśmy, póki nie poznaliśmy jeszcze żywej Reni, Madzi, Agatki.

Nie taki był początkowo pomysł na naszą akcję, ale czy można obudzić się rano, pić kawę siedząc w fotelu, patrzyć na rozkwitające w ogrodzie kwiaty i nie myśleć o tym, że ktoś modlił się całą noc o to, by po kolejnym zderzeniu z mężowską ręką, mieć jeszcze siłę by nakarmić resztkami dzieci.

A.M.